Szukać przodków pod Grunwaldem

Drukuj

Na początku amator poznawania historii rodziny nawet nie wie, jak dużo jest źródeł, z których można korzystać. Ja zacząłem od parafii. Tam jednak okazało się, że księgi spłonęły w czasie wojny. Na szczęście wtedy na mojej drodze stanął ks. prof. Jan Związek, pracujący na ówczesnej WSP. "Księgi z twojej parafii są w Archiwum Państwowym" - podpowiedział. Nigdy bym nie wpadł na to, że dokumenty parafialne od 1808 roku musiały mieć duplikaty. Jak w te księgi wszedłem 15 lat temu, tak siedzę do dzisiaj.

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Skowronek / AG

I do czego to doprowadziło?

- Znalazłem całą swoją rodzinę. Jakoś tak jest, że najpierw się idzie po mieczu, bo własne nazwisko jest najważniejsze. Potem okazało się, że równie ciekawe historie są po kądzieli. Ktoś z moich przodków był wójtem Borowna, inny wójtem Panek. A kiedy dojdzie się do jakiejś daty - najczęściej to jest XVIII wiek - ślady się kończą. Wtedy obok pytań, kim był dziadek czy pradziadek, ważniejsze staje się odkrycie - co oni robili. Czasem burzą się w związku z tym zręby historii, której nas w szkole nauczyli: zły pan, niedobre powstanie... Wszystko się może zmienić, kiedy znajdziesz dokument, że w tym niedobrym powstaniu zginął ktoś z rodziny. Albo że Polacy w wojsku rosyjskim robili to czy tamto. Np. okazało się, że mój dziadek brał ślub w Chersoniu nad Morzem Czarnym. Dotarł tam z armią radziecką i poznał babcię, której rodzina została zesłana z Białostockiego.

Zaczynał Pan jako amator.

- W archiwum zacząłem spotykać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Ktoś podpowiedział: "Śledzisz zapisy metrykalne, a wiesz, co to są acta alegata?". To aneksy - zbiory dokumentów dołączanych, kiedy ktoś brał ślub po raz drugi lub był z innej parafii. Dopiero w tych alegatach zacząłem kolejny etap poszukiwań. Dzięki nim mam swój najstarszy dokument z 3 kwietnia 1754 roku. Tylko dlatego, że mój pra, pra... ileś tam - brał drugi ślub. Potem podpowiadano mi inne źródła - np. księgi adresowe. To fantastyczny materiał! Dla Częstochowy były prowadzone od mniej więcej 1890 do 1930 roku. Można spisywać całe rodziny, które mieszkały w jednym mieszkaniu! Co więcej: tam znajdujemy adnotacje, że taki i taki został wcielony do armii, że przeprowadził się tu czy tam.

Wydaje się, że takie chodzenie po archiwach, szperanie w dokumentach musi być bardzo nudne...

- To nie jest nudne zajęcie - to jest trudne zajęcie. Gdy poszukiwania prowadzą w połowę XIX wieku, trafiasz na zapis w starorosyjskim języku. A z kolei cały XVIII wiek to łacina. Trzeba więc uczyć się rosyjskiego, łaciny, nie wspominając już o parafiach, które prowadziły dokumentację w języku niemieckim. Jest więc co robić. Natomiast kiedy już dogrzebiesz się tego, czego szukałeś, poznajesz ojca pradziadka i prapradziadka, dowiadujesz się, kim byli - to są emocje. Robi się gorąco. Szczególnie kiedy pojawia się coś, o czym genealodzy mówią: "trup w szafie". Bo jakie dokumenty najczęściej się zachowały oprócz metrykalnych? Sądowe! Gdzie ktoś kogoś skarżył albo był osadzony. Ja się śmieję z okoliczności, w jakich poznałem najstarszą formę pisowni mojego nazwiska - przez s i z. Pochodzi ona z 1364 roku. To był proces sądowy jakiegoś Tomszyka z okolic Gniezna z zakonem krzyżackim. Może więc to moja rodzina wygrała bitwę pod Grunwaldem? O czym oczywiście chętnie opowiadam na towarzyskich imprezach.

Teraz np. interesuję się miejscowością Panki i odtwarzam nazwiska ludzi pracujących tam w hucie. Oni tworzyli ten region, później przyszli do Częstochowy, kiedy w Pankach piece na węgiel drzewny stały się przestarzałe. I stamtąd biorą się moje korzenie, a z nimi fach metalurgiczny.

Z Pana inicjatywy powstało Towarzystwo Genealogiczne Ziemi Częstochowskiej, które teraz świętuje pierwszą rocznicę. Jest Pan jego prezesem. Po co to całe Towarzystwo?

- Po co? Bo chciałem zjednoczyć grupę ludzi, którzy wcześniej udzielali się w internecie. Liczyłem, że będzie miało charakter towarzyski - 10 czy 15 osób o podobnych zainteresowaniach usiądzie przy kawie, pogada. Znaleźliśmy na to miejsce w Pałacu Ślubów przy Ośrodku Dokumentacji Dziejów Częstochowy. Tymczasem na spotkaniach pojawia się 40-50 osób. To mnie zaskoczyło. Z czego zaledwie 10-15 zmienia się, przychodzi na dany temat. Kiedy mieliśmy spotkanie o rodzinie Jungów - zjechali się ludzie nawet z Niemiec. Mówiliśmy o Zejlerach - przyszli wszyscy z okolicy, którzy noszą to nazwisko. Jako jedyni w kraju na każdym spotkaniu mamy wykład. Od bardzo fachowych - jak historyka Marcelego Antoniewicza o genealogii Radziwiłłów, po spotkanie z Jadwigą Hoinkis, która mówiła o swojej rodzinie Kandorów. Mamy jeszcze korespondentów internetowych z całego świata - jest ich około 250. Wymieniają się uwagami, informacjami.

Największy sukces badawczy?

- Właśnie na naszej stronie internetowej pojawił się dokument, który określa z dokładnością do jednego dnia, kiedy na naszym terenie pojawili się koloniści niemieccy. To początek XIX wieku w takich miejscowościach jak Węglowice, Czarny Las, Puszczew czy Kamienica Polska. Okazało się, że pierwsza rodzina przybyła 3 marca 1803 roku. Na stronie umieściliśmy też elektroniczną wersję książki Juliusza Sętowskiego o cmentarzu na Kulach, wkrótce będzie o cmentarzu ewangelickim. Są tam także księgi adresowe wydawane w 1913 i 1914 roku, gdzie można znaleźć wszystkie firmy działające wtedy w Częstochowie oraz adresy mieszkańców.

Macie takich członków, którzy zaczęli badać historię rodziny przed rokiem i mają już efekty?

- Oj tak, choć niechętnie przyznają się do postępów. Bardzo aktywna jest grupa entuzjastów w Kamienicy Polskiej, skupionych wokół naszego wiceprezesa Andrzeja Kuśmierczyka. Nawet własne pismo wydają! Zresztą ja sam jestem w gronie zaczynających, bo podjąłem temat genealogii mojej żony. Już wiem, że jej prapradziad był budowniczym kościoła w Janowie, nazywał się Antoni Migalski. Rodzina nic o tym nie wiedziała, bo mężczyźni w gałęzi żony szybko umierali, zacierała się pamięć.

Znaczenie tej działalności dla każdego z was jest oczywiste. A jaki jest społeczny sens funkcjonowania Towarzystwa?

- No właśnie, tu się zaczyna nieoczekiwany wątek. Okazało się, że genealodzy stali się najważniejszym źródłem informacji dla Ośrodka Dokumentacji Dziejów Częstochowy, prowadzonego przez Juliusza Sętowskiego. Nasi ludzie tam zanoszą zdjęcia rodzinne, dokumenty, opowieści, których Juliusz nie zdobyłby, gdyby nie Towarzystwo. A historia miasta i regionu składa się z historii ludzi.

Życzenia na przyszłość?

- Jednym z najważniejszych miejsc dla genealoga jest cmentarz. Każda ludzka historia tu się przecież kończy. Jest bardzo źle, jeśli te miejsca się niszczy. Jak w Rędzinach, gdzie zlikwidowano grób człowieka, który tę miejscowość tworzył. Z przerażeniem widzimy, co się dzieje na Kulach z cmentarzem prawosławnym - nagrobki stoją pod murem, za chwilę ktoś je ukradnie do ogródka. Boję się, że wkrótce zniknie pewien grób dziecka, który - zdaniem Sętowskiego - jest najstarszy na cmentarzu. Powinna powstać fundacja chroniąca zabytkowe nagrobki.

To hobby wymaga czasu, tymczasem nie jest Pan emerytem, pracuje Pan w Instytucie Odlewnictwa Politechniki Częstochowskiej.

- Poszukiwania stały się dla mnie formą rekreacji. Poświęcam na nie popołudnia, biorę dni wolne, na badania przeznaczam urlopy. Z badaniami wiążą się podróże, np. w odludne zakątki Jury. W malutkich miejscowościach są cmentarze, gdzie na nagrobkach widnieją do dziś napisy: właściciel wsi takiej czy takiej. Ale nie dba się już o nie. Za to folwarki oraz nieliczne już dworki zyskują nowych właścicieli, którzy przywracają im świetność. Może ci ludzie zadbają z czasem o historię wsi?

Więcej o działalności Towarzystwa Genealogicznego Ziemi Częstochowskiej: www.genealodzy.czestochowa.pl 

 


  

Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa

Log in to comment