100 lat temu w Częstochowie

Dnia 17 kwietnia 1922  Drugi dzień Świat Wielkiej Nocy.

Dnia 17 kwietnia 1922  Drugi dzień Świąt Wielkiej Nocy.
Pogoda od Palmowej Niedzieli prawdziwie wiosenna. Ciepłem i światłem przepojone powietrze, pączki nabrzmiałe lada chwila rozwiną się - dziwnie szybko postępuje rozwój roślinności. Częstochowianie w wiosennych i letnich strojach defilują po ulicach – tylko ja niestety – nie kupiłam sobie kapelusza i nie mogę nigdzie wyjść. Dziś byłam co prawda w kościele – ale pozatem nigdzie. Wczorajszy dzień spędziłam w domu streszczając program rachunków dla pani Jadwigi Popielowej. Dziś chciała bym, a nawet muszę iść do p. Jadwigi zwrócić jej programy i udać się z p. Rękasówną na odczyt. Muszę iść w mojej czapie w której wyglądam jak Kniagini Kurczewiczowa. Do Lipicz jadę jutro i chcę wstąpić do Guty.  Nie pojechałam zaś do Lipicza dotąd z tego względu, że chciałam być na panny Wandy Rosenbaum i zresztą nie chcę być w Lipiczu długo by mi się nie sprzykrzyć jak podczas Świąt Bożego Narodzenia. Tyle mi nadokuczali że aż się dziwię – ale nie mam ochoty tam jechać. Może się jednak teraz dobrze bawić? Zobaczymy! Zdaje mi się, że Ada ciągle o mnie myśli, bo mnie dziwnie niepokoi, jakbym co złego zrobiła. Naprawdę to wolała bym wcale nie jechać i może bym to zrobiła, cóż kiedy napisałam już do Grety, że do niej przyjadę - a muszę dotrzymywać obietnicy. Na szczęście składaliśmy się po 2 tys. i mieliśmy szynkę 6 funtową i cielęcinę z przodka, i ciasto, choć nie słodkie i nie tłuste. Szynka kosztuje obecnie 360 do 440, a mięso 230, ale już nas nic nie dziwi bo oswoiliśmy się z drożyzną. Miało wszystko stanieć po daninie Michalskiego – tymczasem odwrotnie zdrożało. A co dalej? Ech, chyba lepiej będzie, wierzę w to niezłomnie. Z dniem ósmego bm. złożyłam podanie o przeniesienie mnie do Warszawy jako nauczyciela ale nie wiem co z tego będzie bo podobno nie ma miejsc w Warszawie. Co ja mam zrobić, o... ( nie wiem do kogo zawołać) O Boże? Smutne, ale prawdziwe sprawdzam prawdziwość sentencji.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

Dnia 6 kwietnia 1922 Minęło właśnie 21 lat

Dnia 6 kwietnia 1922
Minęło właśnie 21 lat od tej chwili gdy na świat przyszła pewna bardzo miła osóbka – autorka niniejszego dzienniczka. A więc osiem lat mija kiedy zrodził się ów dziennik. Pełnoletnia więc jestem a jeszcze „nie mam starających się” o moją szanowną rękę. Ku zmartwieniu i rozpaczy mamy któraby była niezmiernie …, gdyby by tak córkę z domu – wypchnąć! Mam nadzieję jednak że w krótkim czasie zadośćuczynię życzeniom Mamy i wyjadę – wprawdzie sama – do Warszawy! Dałby Bóg, żebym już mogła rozpocząć studia! Staram się bowiem przenieść do Warszawki najmilszej – najlepiej jako nauczycielka.

Niby to w kalendarzu już wiosna, a tymczasem ro cudna przemienna pogoda, to śnieżyce zimowe, ro podmuchy jesienne, Wiosenko, wiosenko! Cóżeś ty za Pani? Że za Tobą idą, że za Tobą biegną, … myśli stęsknione? Od 20 marca wiosna tak kaprysi. Drzewa nagie, pączki jeszcze nie nabrzmiały, … kiedy się rozwiną? Mokro w ogrodach i niewiele siać można. W domu u nas bieda aż piszczy, długi. długi całą pensję prawie musimy wydawać na zaspokojenie tychże. Aż się życie przykrzy – bo niewiele – bo wiecznie kłótnie na ren temat, i to wcale nie parlamentarne. Smutne to, … smutne! I jak myśli wcale nie wychowawcze to coś okropnego. Żadnych względów uprzejmości – dla siebie. Milusie stosuneczki – że nie warto dłużej pamiętać i uwieczniać w dzienniczku a jednak umieszczam dla przestrogi sobie! I jaszcze raz stwierdzam, że małżeństwo, zakładanie ogniska rodzinnego ma tylko sens wtedy gdy dwoje ludzi łączy takie uczucie, że życia bez siebie nie rozumieją i są pewni że to uczucie opromieni om życie. O takiej miłości marzę – i taką chcę spotkać w życiu. Rozumie teraz doskonale, że życie bez miłości – jałowe. Dziwne zjawisko obserwuję; wiecznie, ustawicznie myślę 0 miłości i przedmiocie tejże. Widocznie to dla mnie przedstawia szczególny interes. No i potem szczera ze sobą – dawniej taka nie byłam – ale jakoś ten dziennik staje się nudnym, to nie ma pojęcia ten, kro go nie czytał, a że czytam go tylko ja – więc choć tyle robię dobrego dla ludności chroniąc od miłości. A jednak chciała bym  ja bardzo chciała pokochać.  Wracam do życia realnego zbliżają się Święta, zbliża się termin oddania referatów na kursach i repetycjach, oraz koniec roku szkolnego – razem miłe i mocno nieprzyjemne rzeczy. Chciała bym żeby to już było po o żeby to było jeszcze przed faktem. Mam jednak nadzieję , że to jakoś tam pójdzie bo przecież zdałam maturę, a to coś nielada, pozdrowienia dzienniczku – zmykam bo ma referaty Sidra do napisania.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

9 II 1922 Czwartek Znów mrozy.

9 II 1922 Czwartek
Znów mrozy. Dziś wróciłam nie mając ani jednej lekcji – tak bowiem zarządziła kierowniczka. Dziewczynek zebrało się dziś dość dużo – ale musiały się rozejść, orzekając, że „nie opłaciło się dziś przychodzić”. Nie lubię tego, bo żal mi tych dziewczynek, Strasznie nie lubię gdy je odeślą  do domu. Malutkim moim rozdałam cenzury chociaż nie wszystkim, bo wiele nie przyszło. Z nadzwyczajnym przejęciem brały cenzury – pierwsze w życiu i kłaniały się uprzejmie. 6 i 7 oddział nie jest ani tak uprzejmy, ani tak przejęty ważnością chwili. Zaatakowały mnie czemu nie wystawiłam stopnie nie takie jakich się spodziewały ? Smarkate! ale zuchwałe musiałam im tłumaczyć przyczyny, ale siebie tłumaczyłam, bo by to mnie obrażało. Mam ja z temi dziewczynami, mam aż zanadto, ale je jednak lubię! To dziwne! -   powodem tego zmartwienia z 6 i 7 od. Martwię się ogromnie, że nie mam żadnej wieści od Goty? Czemu ona nie pisze – niepokoję się tem niezmiernie. Co z mojemi sprawami, i z moją sprawą uniwersytecką w ogóle ? – W sobotę bal nauczycielski chciałabym iść nań – ale nie pójdę – bo szkoda mi pieniędzy, które muszę oszczędzać. A tak bym chciała się bawić.  Tak jakoś dziwnie tęsknię za zabawą. Nareszcie (…?…) się właściwą memu wiekowi ochotą o pragnienie żądzą życia, ruchu zabawy. A myślałam zawsze, że ja zanadto jestem poważna, by myśleć o balach i wieczorkach, i nie ma we mnie płochości. A tu – o ironio – ja płocha stała się, zamiast spoważnieć bardziej jeszcze! Obawiam się tylko, że ja dopiero na starość będę mogła trochę żyć – O życie czy warto do ciebie tęsknić?

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

25 I 1922 środa. Od poniedziałku nie uczymy z powodu mrozów.

25 I 1922 środa.
Od poniedziałku nie uczymy z powodu mrozów. Mrozy 15 stopni poniżej zera. Siedzę w domu, odbywam lekcje z Andzią Nowakówną z Lubojny i Tadzikiem. Tadka uczę od Nowego Roku systematycznie nic jednak co z tym chłopakiem będzie, bo strasznie mało umie? Czytam Montaigne "Próby" i bardzo mi się podobają,, ponieważ, ma język wielce frywolny, …. Chwilami. Ale talent, zdolności olbrzymie.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

27 maja 1921 roku Piątek. Od 7 maja jestem nauczycielką

27 maja 1921 roku Piątek.
Od 7 maja jestem nauczycielką II Oddziału chłopców na Sachalinie. Urwisy okropne – ci moi chłopcy. Bardzo ich jednak lubię. Zawsze bardzo głośno mam na lekcji, gdyż prowadzę z nimi pogawędki, daję mocne łapy – jednym słowem używam najrozmaitszych karania i …. Śmieję się z nimi. Taka ze mnie nauczycielka! Pensję już wydałam na różne poważne rzeczy. Jak: palto 3100, pantofle 3500, sukienka (płócienko) 800 i oczekuję z niecierpliwością drugiej czerwcowej. Bardzo przyjemnie mieć swe własne, własną pracą zdobyte pieniądze! Oprócz poważnych rzeczy, niezbędnych mogę sobie fundnąć niekiedy bombę czekoladową, kino i wodzy z sokiem po 20 MK. I nikt mię w tem nie kontroluje – nikt!, - naprawdę! Teraz mam tylko zmartwienie kto mi suknię uszyje?! Egzaminy na kursach w poniedziałek, tyle mam roboty i nie wiem jak tam będzie i jaki rezultat tego całego „interesu”. Pewnie nieszczególny bo nie wiele się przykładałam – a nie chciałabym. Koleżanki na kursach miłe, koleżanki-nauczycielki nie wszystkie miłe – niektóre idiotki – co było dalej napiszę za tydzień, bo muszę się wziąć do nieszczęsnej buchalterji, tyle mamy roboty !!!

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

1 maja 1921 Niedziela Kwiecą się sady, rozkwitają narcyzy

1 maja 1921 Niedziela.
Kwiecą się sady, rozkwitają narcyzy …. Maj. Pogoda wymarzona, chociaż niestała, zagadkowa – jak kobieta. Ja rozkoszuję się wiosną. Chodzę do ogrodu, przyglądam się kwiatkom róż, jabłoń, śliw i wisienek bielutkich i całuję te wiosenne kwiatuszki lekko delikatnie. Nareszcie dostałam posadę i otrzymałam już pensję za maj. Wiwat! Niech żyje wiosna, młodość, rozkwiecone sady i doktorowa! Jej to zawdzięczam pogodę ducha. Ogromnie się cieszę, że pracuję będę mogła sama na siebie zarobić. To tak nadzwyczajnie miło! I ten Maj – cudowny maj. Piękny jest świat, dobrzy i piękni ludzie.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

11 kwietnia 1921 Minął mi z dniem 6 kwietnia rok 20-ty.

11 kwietnia 1921.
Minął mi z dniem 6 kwietnia rok 20-ty. Panna dorosła i już nie młodziutka – ale ja uważam, że przeciwnie jestem młoda i zawsze będę młodą jeśli nie ciałem – to duchem. Nie lubię starców – czy to ze względu na wiech, czy na ducha. Człowiek młodym być powinien, pomimo lat, pomimo przeżyć, pomimo wszystko, zła i dobra – aż do śmierci. Nie zasklepiać się w sobie, w przeszłości widzieć tylko dobro i piękno i ludzi dobrych – ale iść naprzód, z postępem sympatyzować z młodymi, wczuwać się w serca i dusze ludzkie i cenić to co godne jest szacunku – to znaczy młodym wiecznie być.

Ja chcę być zawsze młodą i będę nią tak jak to rozumiem, chociaż nie wszystko to co pod mianem rozumienia powypisywałam. Niech żyje młodość, człowiek i świat! Nie przestanę kochać nigdy tych rzeczy. Byłam wczoraj na odczycie dra Folkierskiego o Dantem – dobrze mówił, chociaż za mało. Za ogólnikowo potraktował tego olbrzyma duchowego- spodziewałam się więcej. Pogoda wspaniała, tak lubię  życie w dni słoneczne, wiosenne!

Chłopcy powrócili z wojska z wyjątkiem Józka który jest także w Częstochowie. Maciek wrócił 9-tego. Wczoraj mieliśmy wszystkich pięciu chłopców, bo Kazio z Lipicza przyjechał – i ojciec tak się cieszył, patrząc na pięciu swych dorodnych synów – tak mu oczy świeciły radością i usta radośnie się uśmiechały. Wszyscy zdrowi i cali i w ogóle zdrowie nam dopisuje, za co dzięki najwyższemu! Brak nam często pieniędzy, ale to mniejsza, to najmniejsze zło ze wszystkich innych – można je z pewnym wysiłkiem usunąć. Kochani nasi rodzice; dali nam zdrowie moralne i fizyczne i pogodę ducha, przyćmioną często przeciwnościami życia. O życie! – jakieś ty kochane!

Byłam na Jasnej Górze w kaplicy i słuchałam mszy św. tak mi było wtedy smutno i źle,  że płakałam w kąciku ale nikt nie widział. Płakałam nad swą nędzą … niedołęstwem, a później uspokoiłam się i modliłam się. Przestałam wierzyć w to, żeby Bóg dawał nam wszystko – musimy sami starać się o wszystko i walczyć, a jednak z resztką wiary w opatrzność – prosiłam o pracę !? To śmieszne dość takie postawienie kwestii, a jednak dusza ludzka potrzebuje wiary w istotę wyższą, silniejszą, wszechstronną. I z tego przeczucia, pragnienia wytworzyła się religia i wiara w bożków, bogów, a później Boga. I pięknie się ta potrzeba wiary i religii związała z Istotą najwyższą i niegdy nie stanie się zbyteczną, tylko czystą, doskonałą, piękniejszą. Człowiek zawsze będzie ułomny i nic więcej oświecony nie będzie, tym bardziej będzie dążył do doskonałości wewnętrznej.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

Niedziela 3 kwietnia 1921 roku. Wiosna. Drzewa pokryte pączkami,

Niedziela 3 kwietnia 1921 roku. 
Wiosna. Drzewa pokryte pączkami, które rozwiną się lada dzień. Pełne soczyste pączki wezbrane od soków żyworodnych, nabrzmiała zawartem w nich życiem, siłą młodzieńczą, siłą życia.  Pogoda od połowy marca – przecudna. Tak ciepło i tak ożywczo, i tam ….., tęskno! I w Polsce wiosna; zawarcie pokoju z Rosją dnia 18 marca 1921r. uchwalenie konstytucji i przyłączenie się Górnego Śląska – w tymże czasie  - to zapowiedź wiosny w odbudowaniu i powstaniu ze stuletniej przeszło niewoli naszej drogiej Ojczyzny. Granice ustalone – praca wewnętrzna wysuwa się nareszcie na plan pierwszy. Do pracy więc obywatelu Polaku i ty obywatelko Polko, kobieto polska! A ja co robię? Nic. Bo przecież 3 godzinne „studia” na kursach i „pomaganie” w domu mamie – pracą nazwać nie można. To tylko spędzanie czasu – powiedzmy szczerze. Lat 20 kończę za parę dni i jeszcze nie umiem zapracować na swoje utrzymanie! Wstyd, potrzykrotnie – wstyd! Tak mi ciężko chwilami, i tak mi beznadziejnie smutno! Najpiękniejsze lata w otchłań czasu zapadają się z każdą chwilą, młodość pędzi na skrzydłach tylko lotnych, energia młodzieńcza zamienia się w „dobre wyglądnie” – to jaka ja? Dotąd nie mogę pracy znaleźć i nie umiem jej szukać – takam niezaradna. Tak mi wstyd i ciężko! I wiem, że najwięcej w tem mojej winy. Taka niedołęga życiowa. ….., A jednak nie tracę nadziei, że zmieni się wszystko, że muszę być inną, gdy zechcę naprawdę. Upokarzają mię bowiem jeszcze te starania o pracę. Trzeba mieć tyle odwagi i czelności – a ja nie mam. Czysta niedołęga – mówią mi wszyscy i mnie tak przykro a jednak, …..sama rację w duchu przyznaję – ale to nie zmniejsza przykrości, raczej zwiększa.  ….. Tyle miesięcy zmarnowanych – czyż prawda, że nie ma tego złego, które by na dobre nie wyszło? Kto mi zwróci one zmarnowane chwile, co ja skorzystałam z tego czasu? Niewiele – sądząc najłagodniej. Czytałam trochę  -  myślałam  -  dojrzewałam – chociaż miałam już świadectwo dojrzałości! Ale to prawie nic nie znaczy. Moi najbliżsi i życzliwi mi – umieją perony prawić sążniste – więcej nie. Liczyć muszą tylko i wyłącznie na siebie – tylko ja sama jedna muszę wynaleźć sobie byt i naukę dalszą. I podołać muszę – inaczej cóż będę warta? Rok ten  - to próba mojej zdolności życiowej.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

Sobota 20 Listopada 1920 r. Piszę, bo mi tak smutno, tak smutno…..,

Sobota 20 Listopada 1920 r.
Piszę, bo mi tak smutno, tak smutno….., Już dawno skończyłam z nauką w kl. 8-mej z egzaminami, otrzymałam przykładnie naukę a teraz siedzę  piąty miesiąc w domu i czekam, …..  posady! Smutno mi, beznadziejnie smutno, ponieważ tyle miesięcy zmarnowałam tyle czasu upłynęło, a ja nic nie zarobiłam, nic nie sprawiłam sobie i nie wiem kiedy będę mogła pójść na uniwersytet. Wszystkie moje koleżanki mają zajęci, pracę a ja trawię bezczynnie czas. Tak mi źle. ….. Nie wiem czy jest co gorszego, jak szukanie posady w obecnych czasach. Wszystkie biura obsadzone mniej lub więcej wykształconemi i zdolnemi pannami, tak, że dla mnie panny z ośmioklasowym wykształceniem i maturą – miejsca nie ma! Podłe taki życie. Mama ciągle mi przyprawia, że mówiła mi zaraz po maturze, że powinnam starać się o posadę, zwłaszcza, że w lipcu kiedy wszyscy szli do wojska niezmiennie łatwo było dostać dobrą posadę. Ale ja pragnęłam odpocząć przynajmniej ze dwa miesiące, …… i odpoczywam już piąty miesiąc przymusowo. Wiem doskonale, że palnęłam głupstwo jakich wiele palnę w swoim życiu poświadomienie o tem jednakże – posady mi nie da. To tak źle jak się nie ma swoich pieniędzy. A ma się lat 19 skończonych. Żeby pójść na uniwerek muszę sama zdobyć odpowiednie fundusze na dalsze kształcenie… a tu nie ma skąd wziąć pracy, która dała by ten fundusz. Siedzę więc w domu i jestem jakimś popychadłem we wszelkich domowych robotach. Dusza skowyczy z upokorzenia, przygnębienia i bezsilnej złości, że sama wszystkiemu jestem winna. Hanka jest już od połowy października w Krakowie studiując ogrodnictwo zapracowuje się i jest szczęśliwa. Guta pracuje na polu pedagogicznym jak nauczycielka w szkole żydowskiej – powszechnej w Radomsku z pensją 3000 i deputatem, inne mają lekcje lub zapisały się na uniwersytet. … A ja, a ja? … co robię dla swej przyszłości? Kiedy pójdę na medycynę, kiedy ją skończę i kiedy zacznę pracować jako człowiek fachowy? Kiedy, kiedy, kiedy. I nie mogę sobie kupić nic prawie. Lekcji żadnych nie mam. Pracuję tylko w szpitalu garnizonowym w uniwersytecie żołnierskim, żeby zdobyć świadectwo pracy wojskowej, potrzebnej przy zapisie na uniwersytet – praca to honorowa. I jeszcze jak na złość Czyżewski, którego polubiłam ogromnie jako pojętnego ucznia i niezmiernie ciekawego przedstawiciela mego typu mężczyzny wyjechał. Tak mi go było żal, że aż płakać mi chciało bo nawet nie pożegnałam się z niem i nie dałam mu mojego adresu żeby do mnie napisał. A może lepiej, że tak się stało bo po co przedłużać znajomość szpitalną? Do niczego nie obowiązuje i obowiązywać nie powinna. Jednakże strasznie bym chciała spotkać go, bo podobno nie wyjechał z Częstochowy. Choć parę słów zamienić….. Nic z tego – na pewno! Przekonałam się, że to nie tylko z dziewczynami i koleżankami można rozmawiać o różnych ciekawych kwestiach niektórzy ludzie płci brzydkiej są również ciekawi i interesujący jako charaktery i typy. I lubię teraz chłopców i mężczyzn, bo się interesuję zwłaszcza młodzi chłopcy w moim lub w nieco starszym wieku przedstawiają dla mnie pewien szczególny interes, wśród nich bowiem mogę spotkać tego, którego mogę pokochać i być przezeń kochana. Czy to się stanie kiedy, nie wiem, nie przestaje to jednak być możliwem, przecież jestem młoda, inteligentna, wykształcona. Ładna? Niektórym ludziom mogę się podobać, do tej pory nie zdarzyło mi się nic podobnego. Lubię bardzo poznawać nowych ludzi, lubię poznawać nowe miejscowości, lubię czytać nadzwyczaj i poróżować. Dużo rzeczy jeszcze lubię – jest to nabytek mich lat dziewczęcych. Żałuję, że tak piszę, dużo rzeczy ciekawych uwieczniłam dla siebie jak np. stosunek z moją matką. Czyż ja taka sama będę dla swojej córki? Nie daj Boże! Wolę nigdy nie być matką nie mieć dzieci, a zwłaszcza córki, niż tak zatruwać wzajemnie sobie życie. Dwie najbliższe istoty, jakie są dla siebie matka i córka – powinny się kochać, rozumieć się, wybaczać sobie wiele rzeczy. A u nas co? Kocham swoją matkę wiem, że mama mię kocha, jednakże nie.. chwilami tej matki i matka moja niecierpi mnie również. I to nawet ani ja ani Mama nie jesteśmy żadnemi istotami bez czci i wiary, lecz mamy wiele zalet, a zarazem wiele wspólnych wad i dlatego pewnie te ciągłe starcia między nami. O, bo ja nie odznaczam się słodkim charakterem, ale nie mogę znieść różnych niesprawiedliwości i małostkowości Mama np. nic, a nic nie rozumie moich pragnień, moich dążeń wzwyż, chce abym poprzestała na swych 8-miu klasach dostała posadę i wyszła za mąż jak najprędzej by „nawóz z domu wywieść”. Jest czasem tak trywialną, że obrzydzenie zbiera, a przytem wszystkiem wiem, że to moja matka, że ją kochać powinienam i kocham i wiem, że jest dobra, tylko, że dużo wad takich drobnych pospolitych wad kobiecych i brak najmniejszego poczucia i świadomości istnienia swych wad. I dlatego też wszyscy są „źli”, tylko Mama  jest dobra, a własne dzieci są niewdzięczne, podłe itp. A wcale tak naprawdę nie jest, tylko nasz dom zamiast tępić te zarodki wad dziecięcych rozwijał je, sprzyjał dziwnie rozwojowi wszelkich niepotrzebnych i szkodliwych właściwości charakteru. I oto skutki, sami musimy później nad sobą pracować w trójnasób.  A zresztą po co o tem pisać? – Posady nie mam, nie mam, nie mam, ……

Drożyzna wzrasta, wzrasta przykładnie funt chleba 25 marek, funt mięsa 32 mk. Z początku listopada panowały dość silne mrozy, obecnie jest cieplej. Pogoda doskonała, sucho, nie ma deszczów, co nie wszystkich jednak cieszy – rolnicy smucą się bo to susza dla zboża zasianego niedobra. Grażyna i Januszek uczą się mieszkają z rodzicami w Rakowie, Ada została od 1 listopada 1919 w Lipiczu i prowadzi gospodarstwo Kobiele. Dobrze jej, a ja często ją odwiedzam, ale mama - z czem się zgadzam – nie jest wcale zachwycona. Grażyna bardzo dobrze się uczy (przygotowuje się do II-ej klasy), szczególnie ładnie pisze ćwiczenia. Zdolności literackie posiada zapewne, pokarze to przyszłość.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

Wtorek 18 maja 1920r. Często piszę w tym pamiętniku nie ma co!

Wtorek 18 maja 1920r.
Często piszę w tym pamiętniku nie ma co! Dziś piszę dlatego, że rozpoczęły się maturalne egzamina i dziś był pierwszy z języka polskiego. Były 3 tematy do wyboru; czterowiersz z „Testamentu Nowackiego” (czy i o ile się spełniły jego nadzieje), dwór i zaścianek w powieści E. Orzeszkowej „Nad Niemnem”, - ten ja pisałam, i „legiony Polskie” w historycznej literaturze. Ostatniego tematu nie pisała ani jedna, dużo pisało pierwszy temat. Ja wzięła dugi, i napisałam idiotycznie, najwyżej na dwójkę. Jestem w bardzo nijakim humorze. Wiem, ze dostanę maturę ale podobno z trudem. Byle tylko dostać, w jaki sposób mniejsza! Zdaje nas 22 i 11 uczennic od nazaretanek, a więc 33. Delegatem pan Wrona miły i dobrze wychowany człowiek. Polonista od sióstr nazaretanek p. Kozielewski ma coś Chrystusowego w twarzy. Wszyscy mili niezmiernie i uprzejmi. Siedzę w pierwszym rzędzie przy drugim stoliku. Przede mną Stasia Bobińska, za mną Starkówna. Jutro mamy egzamin z łaciny, dość dobrze stoję z łaciny mam nawet czwórkę na ostatni tercjał, przed ósmą klasą miałam piątki zawsze – ciekawam jak mi się powiedzie. Muszę dziś zabrać się do tłumaczenia Cezara. Żeby tylko zdać! Wszystko mniejsza. W ósmej klasie było ani porządnie trudno miałam trójki – przeważnie i przestałam teraz oceniać ludzi i koleżanki podług (nieczytelne) i uczenia się, - zawodny to sposób. Można być głupią, a dobrze się uczyć i odwrotnie. Czasami mam złe pióro i bazgrze. W tym roku ponieważ miałam dużo nauki nic nie robiłam, to znaczy nie pomagałam mamie w gospodarstwie. Do Lipicza wyjeżdżałam zwykle na święta i na zielone świątki, po pisemnych jadę również na parę dni. Ada w Lipiczu została pomimo, że w listopadzie wyjechała Doktorowa i jest tylko oprócz p. L pani Głuchowska. Na wakacje zjeżdża zwykle cała familia Głuchowskich z Łodzi. Widzę, że pomimo iż zdaję na maturę i kończę ósmą klasę nie umiem jeszcze dobrze pisać – to znaczy poprawnie, skaczę z przedmiotu na przedmiot i to wszystko jakoś nie ma wspólnej myśli łączącej je czy myśli przewodniej. Zresztą mniejsza o to, piszę to tylko dla siebie, gdyż wątpię czy kto, choćby mu wpadł w ręce ten dzienniczek właśnie, chciałby czytać, - takie to wszystko nudne! Nawet mnie samą nudzą te bazgraniny! I nie wiem sama po co i na co piszę? Żeby papier psuć, taki drogi obecnie! Nieciekawa moja dusza, a więc i bazgroły nieciekawe, wszelkie pisanie bowiem odzwierciedla ludzką duszę. Moja dusza, …..  taka jak mój dziennik! Klękajcie przed nią narody i budźcie się, o ile ……, nie znudzicie się. Ja sana naprzykład nigdy się nie nudzę wystarczam sama sobie, ale z niektórymi ludźmi tak się nudzę, że coś okropnego. Z książkami niekiedy – też się nudzę zależy zresztą z któremi. Wieszczów tak kocham, że nudni są dla mnie nigdy, łacina natomiast i wszelkie Rebiery, Klonowscy znudzili mi się okropnie. No, ale tak odmieniam przez wszystkie czasy i tryby czasownik nudzić się, że to wszystko rzeczywiście staje się nudne.  – Wiosna w tym roku przepyszna, wczesna, ciepła. Maj może nawet najchłodniejszy ze wszystkich wiosennych miesięcy jest ładny, bzy, konwalie, narcyzy i inne fiołki od dawna przekwitły, kwitną jeszcze kasztany – niby choinki ze świecidełkami – sady kwitły bardzo ładnie i obficie, zwłaszcza jabłonie obsypane były blado-różowym kwieciem, niby kobiety śląskie! Bo kobiety śląskie barwnie się ubierają, właśnie tak jasno blado-różowo i suto, że przypominają kwitnące jabłonie, cokolwiek innego kształtu sama to widziałam. Nie wiem tylko skąd mi takie porównanie nasunęło – pewnie pod wpływem polskiego ćwiczenia, w którem mówiłam i pisałam o szlachciankach i zamiłowaniu ich do barw jasnych zwłaszcza różowej. Piszę tak wyraźnie, że kto jak kto ale Józek to by mnie na pewno nie przeczytał bo nie znosił mojego niewyraźnego pisma!

Biedny Józek – rok nie długo, bo w czerwcu jak jest w wojsku i strasznie chorował na tyfus plamisty. Pisze obecnie długie listy, dość poprawnie, które przechowujemy pod doniczką na oknie w obawie przed tyfusem, podobno bowiem jeszcze niezupełnie zdrów. Ale co ważniejsze byłam przecież w Krakowie przez trzy dni 8,9 i 10 maja – nasza i siódma klasa miałyśmy własny wagon i bardzo nam było dobrze. Kraków jest zachwycający i chciałabym się w nim uczyć, marnie tylko jadają w tym Krakowie codziennie jadałyśmy gdzie indziej i coraz to różniejsze okropności. Zwiedzałyśmy dokumentnie choć pobieżnie wszystkie muzea, dzwony, kościoły, parki i rzeczy ale dość powierzchownie. Kiedy indziej zwiedzę dokładnie. Byłyśmy dwa razy w teatrze na „Ślubach Panieńskich” i na „Ponad śnieg” Żeromskiego, prześliczna jest kurtyna Siemiradzkiego i przepyszne witraże Wyspiańskiego u Franciszkanów – tyle pamiętam. Muzeum narodowe – bogate względnie. Spałyśmy również niżej krytyki na Pop… 22 na ławkach dziecinnych wróciłam strasznie zmęczona. W drodze powrotnej urozmaicał nam czas pan Włodzimierz Dusiński kolejarz, bardzo gramatycznie i stylistycznie mówiący aż artysta amant, nie mający szczęścia do kobiet i zbierający adresy uczestniczek miłej podróży. Ubawiłyśmy jego deklamacją, białym wierszem, śpiewem wcale niezłym, i obyciem zamieniającym szkołę francuską , główną zasadą której „nie odwracać się nigdy tyłem do publiczności”. Nie spodziewał się na pewno, że dostanie się do mego pamiętnika czy dziennika, ale pewnie byłby niezmiernie zadowolony. Niezadowolona natomiast byłaby Hanka i Guta gdyby ujrzały, że daremno szukają figurujących swych imion czy nazwisk. Marzy się kiedy o nich rozpisać. …. Po maturze. Tyle z niemi przeżyłam. Hankę mogę uwiecznić choćby przez wdzięczność (papier cierpliwy na moje wynurzenia), a Gutę …, no to taki ciekawy charakter, że on by była najszerzej zdumiona -, gdyby wiedziała , że, ja o niej nic nie piszę. Jakto! o niej! ani słówka! i to Janka, która tak się nią interesuje. To Ciekawe! Więc obiecuję Ci Haneczko i Tobie Guto … poprawę i kilka stron o was napiszę. A i o Tobie Zosiu nie zapomnę napiszę, napiszę, a jakże, a jakże….! Podobno ja tam w Waszych dzienniczkach figuruję, zwłaszcza u Hanki, bo u Guty – to mocno wątpię, tyje jest ciekawych do opisania i o Władku niż o Jance czy Hance, czy jakiejś tam innej koleżance trzeba więc pięknym za nadobne zapłacić. Pamiętny będzie pierwszy dzień pisemnych egzaminów; tyle stron zapisałam w mym dzienniczku! Jakąś dziwną ochotę czuję, w danej chwili do pióra. Może to chwila objawienia się zdolności literackich ? może!, może! Gdybym jednak częściej odczuwała podobne ochoty…, to prędko skończyłby się ten zeszycik, ale dużoby znanych rzeczy pozostało ku pamięci i czci potomnych. Humor już w tej chwili mam określony: ironiczno – głupio – idiotyczno – szyderczo – wesoło – doskonały! Ciekawe! Powiedziała by ciekawa Guta, co nawet zdążył zauważyć p. Tymański. Wyczerpał się już mój zapas dowcipu pomimo humoru z tyloma określeniami doskonałego i to zresztą bardzo dobrze, trzeba bowiem wziąć do łaciny na jutro o Cezarze i Ty …. pójdźcie do mnie, rozjaśnijcie swemi jasnemi historiami tępą głowę żebym jutro nie zrobiła parodii z wszystkich  cudnie-pięknych dzieł. We własnym interesie! Jeszcze jedno tylko muszę zaznaczyć, że pan Stach Barylski – artysta rzeźbiarz interesujący człowiek.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie

Sobota 30 sierpnia 1919. Mój drogi dzienniczku! Strasznie dawno nic nie zapisałam...

Sobota 30 sierpnia 1919.
Mój drogi dzienniczku! Strasznie dawno nic nie zapisałam na twych kartkach swoich wrażeń, myśli i uczuć. A teraz czasy zmieniają się, ciągle coś nowego, wraz z czasem zmieniam się i ja. Przeszła już obecnie do klasy 8-ej, skończyłam osiemnaście lat jestem więc dorosłą panną. Kiedy zaczęłam pisać ten dziennik miałam 13 lat, ale widocznie w złą chwilę zaczęłam, bo strasznie jest nudny i niewielki. Zanadto dużo piszę o sobie i dlatego takie wszystko mdłe i nieciekawe. Wszędzie spotykam te myśli i zdania, świadczące o dążeniu do czegoś do jakiejś doskonałości, idei, wykazujące moją słabość, marnotę i pospolitość, ale nic ponadto. Żadnego postępu, żadnej poprawy. Ciągła zmiana, i ciągle to samo. Mając lat 10-12-14, zaczęłam myśleć nad sobą, zastanawiać się, analizować siebie i sądziłam, że jak będę miała 16 lat - to–ho! ho!, będę już człowiekiem co się zowie , panującym nad sobą, walczącym ze swymi wadami i odnoszącym zwycięstwa nad nimi. Tymczasem … mam już niedaleko dwadzieścia, a historia ta sama, ciągle jeszcze dziecko, pomimo, że już nie dziecko, niewyrobiona kurka, pełna wad i zdrożności. Czy ja zawsze będę taka? Do samej śmierci? Ciągle niedoskonała? Pewnie nie inaczej. Jakże jestem słaba, bez woli, i jak człowiek jest słaby. Nudna jestem przy tem okropnie, co wyraźnie widać z tego wszystkiego. Gwiżdżę! - wojna już się skończyła, ale ciągle jest wojna. Tak jak wszystko niby jest, niby nie ma. Niby to już pobito Niemców, Austriaków, zawarto pokój, ale ciągle jeszcze czuć wojnę, fabryki stoją, drożyzna, nie mają zajęcia setki robotników. Polska już wolna, samodzielna, ale musi toczyć walki z bolszewikami, Ukraińcami i innemi osłami. Jest biedna ta nasza ukochana Polska! Ale już wolna! Trzej moi bracia Oleś, Maniek i Józio są w wojsku polskim walczą za sprawę polską. I ja jestem z tego dumna. Jest nas obecnie  w domu troje; ja, Kazik i Tadek. Chłopcy nasi powyrastali, niewiele jeszcze umieją i niewiele się uczą. Nie ma warunków odpowiednich. Jest mi ich strasznie żal. Jest to niejako tragedią mojego życia, że nie mam w rodzinie nikogo wykształconego na równym ze mną poziomie. Czuć, że niewiele są (..?..) a jednak najwięcej ze swego otoczenia – jak to nie miło. Jeszcze tylko rok z skończę osiem klas, naturalnie o ile się nie zetnę. I co będzie dalej? To już tak blisko. Pewnie zrezygnuję z marzeń o dlaszem kształceniu się, a wezmę się do pracy na Kawałek Chleba. Życie nie jest łatwe, chociaż lubię życie. Życie obcina skrzydła, a jednak żyć się pragnie. I żyć trzeba. Zresztą jestem młoda mam przed sobą przyszłość. Nie doznałam jeszcze cierpień ludzkich, więc dlaczegobym miała życia nie kochać. Może doznam jeszcze czego miłego i przyjemnego? Jeszcze nikogo nie kochałam, a przecież miłość daje chwile najbardziej szczęśliwe. A przecież ma lat już osiemnaście ! Myślę czasem, że ja się zestarzeje i nigdy nie poznam pokrewnej mi duszy, połowy mej duszy, bo dotąd to znam tak mało  jeszcze ludzi, a szczególnie takich którzyby kwalifikowali się na przedmiot miłości. Więc serce moje jeszcze śpi ! Jakie to wszystko śmieszne i dziecinne takie traktowanie sprawy. – Chciałabym bardzo spotkać kogoś takiego któryby osądził mnie i wyrzekł zdanie o moim charakterze. Chciałabym spotkać filozofa, psychologa, fizjonomistę żeby orzekł jaka jestem. Czy jest choć trochę we mnie jakiś (..?..). podstawy materiał na człowieka? Bo ja się znam trochę, ale jeszcze niewiele, a raczej nie znam się jeszcze. Takie nieraz dostrzegam sprzeczności w sobie, takie kontrasty, że sama jestem zdziwiona nad tą moją dziwnością. Czy ja się poznam kiedy dobrze i opanuję – nie wiem. Strasznie trudno opanować siebie, ale jak ro rozkosz być panią siebie!
Skończyły się wakacje, rok szkolny rozpoczął się z dniem 30 sierpnia. Byłyśmy w kościele na Jasnej Górze. Prefektem będzie ks. Gmochowski, ksiądz dość dostojny, ani pociągający, ani odpychający. Mówił o potrzebie nauki i o tem jak ją powinnyśmy zdobywać. Z początku ziewałam ale później zgodziłam się z nim zupełnie, choć niczego nowego nie usłyszałam. W poniedziałek 1 września mamy być o 8 ½ g na pensji. Koleżanki jeszcze nie wszystkie się zjechały nie ma Hanki Wrzoskówny, Guty Glikmakówny, Zosi Mikówny i reszty. Było nas z ósmej tylko trzy Zosia Chochołówna, Zosia Leksowna i ja. Ja w piątek wieczorem wróciłam z Lipicza, gdzie przebywałam od wtorku. Było przyjemnie i miło jak zwykle. Wakacje spędziłam w ogóle nie nudnie chociaż nie uczyłam się nic zgoła za to uczyłam innych miałam kilka korepetycji, zarobiłam około 400 marek. Strasznie jestem z tego zadowolona. Jeszcze mi jednak nie wszystkie zapłaciły, Hejmerówna winna mi 100 marek, Felcia Bonacka 60. Czy aby zapisać? Od 14 czerwca do 5 lipca byłam w Lipiczu. Bardzo mi Lipicze podoba. Położenie malownicze, las śliczny. Dwór stary drewniany, miły i cichy. Mieszkańcy sympatyczni i dobrzy. Pan Ziółkowski lubił mnie dość, objawiając swą sympatię częstym obcałowywaniem mię. To jego zwyczaj stosowany do wszystkich krewnych i znajomych. Na razie to Ada rządzi wszystkim, gospodarstwo kobiece w jej rękach i rządzi dobrze. Ale niestety niedługo to będzie, gdyż doktorowa wybiera się po trzechletnim pobycie do Rakowa. Dzieci trzeba uczyć. Grażyna skończy niedługo 9 lat. Ciekawam jak tam Ziółkowski będzie się czół sam w Lipiczu bo strasznie się przyzwyczaił do nich. Żal mi Go. – My wszyscy jesteśmy jak zawsze zdrowi, ojciec pracuje u szarytek w ogrodzie, mieszkamy na ulicy Barbary 53 już od roku. Mama pracuje jeszcze bardzo. Ja niewiele pomagam, bo albo się uczę, albo wypoczywam. Ciężkie jest życie. Lato mija.

Janina Słomkówna, 100 lat temu w Częstochowie